Ostatecznie zwierzę osiągało rozmiary, które uczyniły jego gatunek sławnym: około 12–13 metrów długości i prawdopodobnie 7–8 ton masy. Każdy taki szacunek zależy jednak od rekonstrukcji brakujących kości .
Nazwa Giganotosaurus carolinii oznacza „gigantyczną jaszczurkę południową Caroliniego”. Upamiętnia Rubéna Daría Caroliniego — poszukiwacza skamieniałości, który w 1993 roku odkrył pierwszy szkielet w Patagonii. Rodolfo Coria i Leonardo Salgado opisali ten gatunek naukowo w 1995 roku. Badacze rozpoznali w nim olbrzymiego teropoda o niskiej czaszce, zredukowanej obręczy barkowej, mocnych kręgach i niezwykle potężnych tylnych kończynach .
Oryginalny szkielet pozostaje najpełniejszym znanym okazem. W 2000 roku Jorge Calvo i Rodolfo Coria opisali drugi skamieniały materiał: fragment dolnej szczęki o około 8 procent większy od odpowiadającej mu kości pierwszego osobnika. Może to sugerować, że niektóre giganotozaury były jeszcze większe, ale określanie rozmiaru całego zwierzęcia na podstawie pojedynczego fragmentu szczęki wiąże się ze znaczną niepewnością .
Dorosły giganotozaur był zbudowany wokół niezwykłej broni biologicznej: długiej, niskiej czaszki z rzędami spłaszczonych i piłkowanych zębów.
W przeciwieństwie do grubych, zaokrąglonych zębów tyranozaura rex, zęby giganotozaura przypominały raczej noże do krojenia mięsa niż kolce przeznaczone do miażdżenia. Nadawały się do otwierania głębokich ran, przecinania tkanek i rozrywania mięśni. Utracone lub złamane zęby mogły być przez całe życie zastępowane nowymi, dzięki czemu szczęki pozostawały skuteczne mimo brutalnego sposobu odżywiania.
Muskularna szyja łączyła czaszkę z głębokim tułowiem, a tylne kończyny wykorzystywały ciężar wielu ton podczas każdego ataku. Ramiona były małe w porównaniu z resztą ciała, choć dłuższe i mniej skrajnie zredukowane niż u Tyrannosaurus rex. Kończyły się trzema palcami, lecz najpewniej odgrywały niewielką rolę w bezpośredniej walce. Najważniejszą pracę wykonywały szczęki, szyja, stopy i masa całego ciała.
Rodolfo Coria i Philip Currie zbadali puszkę mózgową giganotozaura i zrekonstruowali przestrzeń zajmowaną niegdyś przez mózg. Ich praca wskazała na wydłużony mózg teropoda, stosunkowo niewielki w zestawieniu z ogromnym ciałem, ale wystarczający do koordynowania wzroku, równowagi, ruchu i zachowań łowieckich .
Duży kanał półkolisty w uchu wewnętrznym pomagał kontrolować ruchy głowy. W poszukiwaniu ofiary znaczenie miały także wzrok i węch.
Nazywanie tego zwierzęcia „głupim” byłoby mylące. Nie potrzebował ludzkiego sposobu rozumowania. Potrzebował precyzyjnego wyczucia chwili, znajomości własnego terytorium i umiejętności oceny, czy atak jest wart ryzyka. Jedna poważna kontuzja nogi mogła oznaczać śmierć głodową.
W 2001 roku R. Ernesto Blanco i Gerardo Mazzetta stworzyli model biomechaniczny, według którego prędkość około 14 metrów na sekundę — blisko 50 kilometrów na godzinę — mogła stanowić górną granicę, po której utrzymanie stabilności stawało się niebezpiecznie trudne .
Nie należy jednak traktować tej liczby jako zmierzonej prędkości biegu. Skamieniałości nie rejestrują sprintu, a późniejsze interpretacje podkreślają, jak niepewne stają się obliczenia prędkości w przypadku zwierząt o tak wielkich rozmiarach.
Bezpieczniejszy wniosek brzmi: giganotozaur potrafił poruszać się z ogromną siłą na krótkich dystansach, ale prawdopodobnie polegał bardziej na odpowiednim ustawieniu, gwałtownym przyspieszeniu i zaskoczeniu niż na długotrwałym pościgu.
Jedną z najbardziej kuszących zdobyczy mogły być zauropody — zwierzęta zbyt masywne, by można je było po prostu obezwładnić. Rozsądny atak wymagałby wybrania młodego, rannego, odizolowanego albo wyczerpanego osobnika.
Giganotozaur mógł zbliżyć się z boku, omijać miażdżące uderzenia nóg i potężny ogon, a następnie zaatakować miękkie partie mięśni. Seria ciętych ran mogła doprowadzić do utraty krwi i osłabienia ofiary, bez konieczności utrzymywania niebezpiecznego uchwytu.
Taki scenariusz pasuje do budowy czaszki i zębów, ale żadna skamieniałość nie zachowała dowodu rzeczywistego polowania. Giganotozaur mógł również korzystać z padliny. Dla mięsożercy niepilnowane zwłoki oznaczają podobną wartość odżywczą bez ryzyka kopnięcia, stratowania czy przebicia przez ogon ofiary.
Popularne opowieści często przedstawiają kilka giganotozaurów wspólnie atakujących zdobycz. Bezpośredniego dowodu na takie zachowanie jednak nie ma.
Hipoteza zyskała na popularności dzięki nagromadzeniu kości wielu osobników Mapusaurus, blisko spokrewnionego karcharodontozauryda. Odkrycie opisane przez Rodolfa Corię i Philipa Curriego w 2006 roku pokazało, że kilku przedstawicieli tej grupy mogło zginąć w jednym miejscu. Nie dowodzi to jednak skoordynowanych polowań stadnych — tym bardziej nie potwierdza, że w stada łączył się właśnie Giganotosaurus .
Najdalej można powiedzieć, że osobniki mogły czasem gromadzić się przy pożywieniu, chwilowo tolerować swoją obecność albo atakować tę samą osłabioną ofiarę. Współpraca pozostaje interesującą możliwością, a nie ustalonym faktem.
A potem pojawia się legendarny przeciwnik: Tyrannosaurus rex. W rzeczywistości te dwa giganty nigdy nie mogły się spotkać.
Giganotozaur żył w Ameryce Południowej około 98 milionów lat temu. Tyranozaur pojawił się w Ameryce Północnej dopiero pod koniec kredy, mniej więcej 68–66 milionów lat temu. Dzieliły je niemal 30 milionów lat i całe kontynenty. Każda opowieść o ich walce jest więc naukowym eksperymentem myślowym, a nie wydarzeniem zapisanym w prehistorii.
Gdyby jednak umieścić je w jednym miejscu, ich uzbrojenie pokazałoby dwa różne sposoby osiągnięcia gigantycznych rozmiarów. Współczesne badania biomechaniczne wskazują, że wielkie linie drapieżnych dinozaurów nie budowały czaszek z myślą o identycznej pracy .
Tyranozaur miał głębszą, mocniej wzmocnioną czaszkę, grube zęby i wyjątkowo potężny zgryz zdolny do uszkadzania kości. Jego najlepszą strategią byłoby skrócenie dystansu, uchwycenie szyi, głowy lub tułowia i utrzymanie miażdżącego uścisku.
Giganotozaur powinien unikać takiego starcia. Jego przewagę stanowiłyby zasięg, tnące zęby i powtarzane ataki z boku. Mógłby gwałtownie natarć, otworzyć ranę, wycofać się i zatoczyć krąg przed kolejnym uderzeniem. Na otwartym terenie jego smuklejsza budowa mogłaby ułatwiać zmianę pozycji, ale większej zwinności nie da się potwierdzić na podstawie niekompletnych szkieletów.
Jeśli tyranozaur zdołałby zadać pełne ugryzienie, obrażenia mogłyby być katastrofalne. Gdyby jednak giganotozaur kontrolował dystans i zadawał kilka głębokich ran, utrata krwi mogłaby stopniowo odwrócić losy pojedynku. Żaden z tych drapieżników nie używałby ramion jako podstawowej broni. O wszystkim mogłyby zdecydować ból, zmęczenie, podłoże, wiek, doświadczenie i pierwszy skuteczny cios.
W zwarciu przewagę prawdopodobnie miałby tyranozaur. Giganotozaur pozostawałby jednak groźnym przeciwnikiem, jeśli zdołałby nie dopuścić do zwarcia i wykorzystać styl polowania oparty na zasięgu oraz ciętych ranach.
Prawdziwe przetrwanie wymagało unikania niepotrzebnej walki. Dorosły giganotozaur prawdopodobnie spędzał dużą część życia na oszczędzaniu energii, przemierzaniu zasobnych terenów, jedzeniu, odpoczynku i reagowaniu na konkurentów.
Mógł prezentować czaszkę oraz rozmiar ciała, by zastraszać rywali, zanim doszłoby do fizycznego starcia. Z wiekiem przybywało blizn, infekcji, pasożytów, złamanych zębów i nieudanych polowań. W końcu nawet szczytowy drapieżnik słabł.
Śmierć konkretnego osobnika mogły spowodować obrażenia, choroba, głód, susza, konflikt albo po prostu starość. Kości nie potrafią wskazać jednej pewnej przyczyny. Po śmierci jego ciało stałoby się pożywieniem dla mniejszych łowców, padlinożerców, owadów i mikroorganizmów. Z czasem osad przykryłby pozostałości, a minerały zaczęłyby wypełniać i zastępować pierwotne tkanki.
Przez miliony lat powstawały góry, zmieniały się rzeki, a kontynenty przesuwały się po powierzchni planety. Wreszcie Rubén Carolini odnalazł kości, przywracając to zwierzę ludzkiej pamięci.
Giganotozaur nie był po prostu większą kopią tyranozaura. Należał do innej rodziny, żył w innym świecie i doskonalił odmienny sposób polowania.
Jego wielkość nie polegała na wygraniu wyobrażonego pojedynku. Polegała na tym, że z kruchego pisklęcia wyrósł wielotonowy drapieżnik wyposażony w równowagę, wytrzymałość, wymienialne „ostrza” i cierpliwość potrzebną do mierzenia się z jednymi z największych zwierząt, jakie kiedykolwiek chodziły po Ziemi.