Termin minął 17 sierpnia bez finalnego porozumienia. Nie doszło ani do pełnego przywrócenia żeglugi przez strategiczny szlak, ani do przełomu w rozmowach nuklearnych. Zamiast szybkiego porozumienia konflikt przekształcił się w próbę sił: Waszyngton chce wykorzystać sankcje, blokadę i przewagę wojskową, a także pogarszającą się sytuację gospodarczą Iranu, jako narzędzia nacisku.
Donald Trump powiedział, że Iran jest zainteresowany porozumieniem, ale nie zaakceptuje warunków, które prezydent USA uznaje za konieczne. Administracja wykluczyła przedłużenie tymczasowych ustaleń, choć memorandum przewidywało taką możliwość za obopólną zgodą.
To oznacza odejście od pierwotnej obietnicy szybkiego zakończenia wojny. W praktyce Biały Dom przyjmuje, że dalszy upływ czasu działa na jego korzyść: presja sankcyjna i ograniczenie dostępu Iranu do handlu mają skłonić Teheran do większych ustępstw. Jednocześnie od końca lipca nie odnotowano publicznie nowych amerykańskich ataków na cele w Iranie, co sugeruje przejście od intensywnych działań bojowych do długotrwałej presji ekonomicznej i militarnego odstraszania.
Jednym z najbardziej widocznych problemów pozostaje brak spójnego komunikatu dotyczącego dyplomacji. Wcześniej Trump twierdził, że rozmowy z Teheranem już się rozpoczęły. Irańscy przedstawiciele temu zaprzeczali, podkreślając, że kontakt z USA ogranicza się co najwyżej do przekazywania wiadomości przez pośredników, a bezpośrednich negocjacji nie ma.
Jared Kushner, przedstawiany w relacjach jako specjalny wysłannik, mówił z kolei o „pozytywnych” i „aktywnych” kontaktach między Waszyngtonem a Teheranem. Następnie Trump napisał, że żadne rozmowy ani rozmowy pośrednie z Iranem nie trwają i nie są zaplanowane.
Sprzeczność może być częściowo efektem różnego rozumienia słowa „rozmowy”: jedna strona może uznawać wymianę komunikatów przez mediatorów za negocjacje, druga — nie. Z punktu widzenia politycznego rezultat jest jednak ten sam: po wygaśnięciu 60-dniowego terminu nie widać uzgodnionego procesu, który prowadziłby do trwałego pokoju.
Podobny spór dotyczy cieśniny Ormuz, przez którą transportowana jest znaczna część światowych dostaw ropy i gazu. Trump twierdzi, że Stany Zjednoczone mają nad nią „pełną kontrolę”, że szlak jest otwarty, a miny zostały usunięte lub zdetonowane.
Teheran przedstawia zupełnie inną wersję. Irańscy urzędnicy utrzymują, że cieśnina pozostanie zamknięta dla żeglugi, dopóki USA nie zniosą blokady irańskich portów, sankcji i gróźb militarnych. Doniesienia o ruchu statków opisywały ją jako niemal całkowicie zamkniętą, a nie normalnie funkcjonujący szlak handlowy.
Iran prowadzi równolegle rozmowy z Omanem w sprawie zasad tranzytu przez cieśninę. Waszyngton odrzuca jednak rozwiązanie, które dawałoby Teheranowi kontrolę nad statkami wpływającymi do Zatoki Perskiej.
18 sierpnia Zjednoczone Emiraty Arabskie ogłosiły zawieszenie wszystkich transakcji handlowych, komercyjnych i finansowych z Iranem „do odwołania”. Abu Zabi uzasadniło decyzję oskarżeniem Teheranu o wystrzelenie dwóch pocisków balistycznych. Iran zaprzeczył, by odpowiadał za atak.
Ruch ZEA ma znaczenie gospodarcze, ponieważ Emiraty były ważnym partnerem handlowym i pośrednikiem dla objętego sankcjami Iranu. Ograniczenie tych powiązań może utrudnić Teheranowi dostęp do importu, twardej waluty, systemów płatniczych i handlu reeksportowego.
Presja zewnętrzna nakłada się na już trudną sytuację wewnętrzną Iranu — wysoką inflację i rosnące ceny żywności. Zamknięcie kolejnego kanału handlowego może więc przełożyć się nie tylko na problemy państwa z finansowaniem importu, lecz także na większe koszty życia i napięcia społeczne. Skala tego efektu zależy jednak od tego, jak długo embargo ZEA będzie obowiązywać oraz czy handel zostanie częściowo przekierowany innymi drogami.
Obecna sytuacja nie jest ani pokojem, ani pełnowymiarową ofensywą. Obie strony unikają na razie ustępstw, które mogłyby wyglądać jak kapitulacja, ale jednocześnie zachowują narzędzia eskalacji.
Waszyngton może utrzymywać blokadę, zwiększać presję ekonomiczną i rozważać kolejne uderzenia. Teheran może podtrzymywać zakłócenia żeglugi, groźby rakietowe i stopniową eskalację w regionie. W ocenie jednego z irańskich urzędników Iran może przejść z postawy defensywnej do „w pełni ofensywnej”, jeśli tymczasowe porozumienie nie zostanie wdrożone.
To dlatego obecny impas może trwać długo, ale nie jest stabilny. Każdy incydent na morzu, nowy atak rakietowy albo błędna ocena intencji drugiej strony może uruchomić kolejną rundę działań wojskowych. Wojna trwa już około 24 tygodni — znacznie dłużej, niż Trump początkowo przewidywał, mówiąc o czterech–pięciu tygodniach.
Rynki coraz mniej traktują zakłócenia w cieśninie jako krótkotrwały szok, a coraz częściej wyceniają je jako nową, przedłużającą się rzeczywistość. Cena ropy Brent wzrosła w połowie sierpnia w okolice 90 dolarów za baryłkę, a w pewnym momencie przekroczyła 91 dolarów.
Wyższe ceny energii zwiększają ryzyko inflacji, co może ograniczać przestrzeń banków centralnych do obniżania stóp procentowych. W USA rentowność 30-letnich obligacji skarbowych sięgnęła 5,327 proc., najwyższego poziomu od 2007 roku. Na wzrost wpływały nie tylko wojna i ropa, lecz także obawy o finanse publiczne oraz rosnącą podaż długu.
Niepewność uderza również w giełdy, zwłaszcza w spółki zależne od globalnego przemysłu i popytu na elektronikę. Słabsza wiara w szybkie otwarcie Ormuzu ciążyła między innymi producentom chipów oraz azjatyckim indeksom wrażliwym na kondycję sektora półprzewodników. Droższa energia, transport i finansowanie mogą bowiem ograniczać marże firm oraz popyt na produkty przemysłowe.
W efekcie administracja Trumpa zastąpiła obietnicę szybkiego porozumienia strategią długiego nacisku. Problem polega na tym, że presja może osłabić Iran, ale nie gwarantuje, że Teheran ustąpi. Bez kanału wiarygodnych negocjacji obecny układ pozostaje przede wszystkim oczekiwaniem na kolejny kryzys.
Termin minął 17 sierpnia bez finalnego porozumienia. Nie doszło ani do pełnego przywrócenia żeglugi przez strategiczny szlak, ani do przełomu w rozmowach nuklearnych. Zamiast szybkiego porozumienia konflikt przekształcił się w próbę sił: Waszyngton chce wykorzystać sankcje, blokadę i przewagę wojskową, a także pogarszającą się sytuację gospodarczą Iranu, jako narzędzia nacisku.
Donald Trump powiedział, że Iran jest zainteresowany porozumieniem, ale nie zaakceptuje warunków, które prezydent USA uznaje za konieczne. Administracja wykluczyła przedłużenie tymczasowych ustaleń, choć memorandum przewidywało taką możliwość za obopólną zgodą.
To oznacza odejście od pierwotnej obietnicy szybkiego zakończenia wojny. W praktyce Biały Dom przyjmuje, że dalszy upływ czasu działa na jego korzyść: presja sankcyjna i ograniczenie dostępu Iranu do handlu mają skłonić Teheran do większych ustępstw. Jednocześnie od końca lipca nie odnotowano publicznie nowych amerykańskich ataków na cele w Iranie, co sugeruje przejście od intensywnych działań bojowych do długotrwałej presji ekonomicznej i militarnego odstraszania.
Jednym z najbardziej widocznych problemów pozostaje brak spójnego komunikatu dotyczącego dyplomacji. Wcześniej Trump twierdził, że rozmowy z Teheranem już się rozpoczęły. Irańscy przedstawiciele temu zaprzeczali, podkreślając, że kontakt z USA ogranicza się co najwyżej do przekazywania wiadomości przez pośredników, a bezpośrednich negocjacji nie ma.
Jared Kushner, przedstawiany w relacjach jako specjalny wysłannik, mówił z kolei o „pozytywnych” i „aktywnych” kontaktach między Waszyngtonem a Teheranem. Następnie Trump napisał, że żadne rozmowy ani rozmowy pośrednie z Iranem nie trwają i nie są zaplanowane.
Sprzeczność może być częściowo efektem różnego rozumienia słowa „rozmowy”: jedna strona może uznawać wymianę komunikatów przez mediatorów za negocjacje, druga — nie. Z punktu widzenia politycznego rezultat jest jednak ten sam: po wygaśnięciu 60-dniowego terminu nie widać uzgodnionego procesu, który prowadziłby do trwałego pokoju.
Podobny spór dotyczy cieśniny Ormuz, przez którą transportowana jest znaczna część światowych dostaw ropy i gazu. Trump twierdzi, że Stany Zjednoczone mają nad nią „pełną kontrolę”, że szlak jest otwarty, a miny zostały usunięte lub zdetonowane.
Teheran przedstawia zupełnie inną wersję. Irańscy urzędnicy utrzymują, że cieśnina pozostanie zamknięta dla żeglugi, dopóki USA nie zniosą blokady irańskich portów, sankcji i gróźb militarnych. Doniesienia o ruchu statków opisywały ją jako niemal całkowicie zamkniętą, a nie normalnie funkcjonujący szlak handlowy.
Iran prowadzi równolegle rozmowy z Omanem w sprawie zasad tranzytu przez cieśninę. Waszyngton odrzuca jednak rozwiązanie, które dawałoby Teheranowi kontrolę nad statkami wpływającymi do Zatoki Perskiej.
18 sierpnia Zjednoczone Emiraty Arabskie ogłosiły zawieszenie wszystkich transakcji handlowych, komercyjnych i finansowych z Iranem „do odwołania”. Abu Zabi uzasadniło decyzję oskarżeniem Teheranu o wystrzelenie dwóch pocisków balistycznych. Iran zaprzeczył, by odpowiadał za atak.
Ruch ZEA ma znaczenie gospodarcze, ponieważ Emiraty były ważnym partnerem handlowym i pośrednikiem dla objętego sankcjami Iranu. Ograniczenie tych powiązań może utrudnić Teheranowi dostęp do importu, twardej waluty, systemów płatniczych i handlu reeksportowego.
Presja zewnętrzna nakłada się na już trudną sytuację wewnętrzną Iranu — wysoką inflację i rosnące ceny żywności. Zamknięcie kolejnego kanału handlowego może więc przełożyć się nie tylko na problemy państwa z finansowaniem importu, lecz także na większe koszty życia i napięcia społeczne. Skala tego efektu zależy jednak od tego, jak długo embargo ZEA będzie obowiązywać oraz czy handel zostanie częściowo przekierowany innymi drogami.
Obecna sytuacja nie jest ani pokojem, ani pełnowymiarową ofensywą. Obie strony unikają na razie ustępstw, które mogłyby wyglądać jak kapitulacja, ale jednocześnie zachowują narzędzia eskalacji.
Waszyngton może utrzymywać blokadę, zwiększać presję ekonomiczną i rozważać kolejne uderzenia. Teheran może podtrzymywać zakłócenia żeglugi, groźby rakietowe i stopniową eskalację w regionie. W ocenie jednego z irańskich urzędników Iran może przejść z postawy defensywnej do „w pełni ofensywnej”, jeśli tymczasowe porozumienie nie zostanie wdrożone.
To dlatego obecny impas może trwać długo, ale nie jest stabilny. Każdy incydent na morzu, nowy atak rakietowy albo błędna ocena intencji drugiej strony może uruchomić kolejną rundę działań wojskowych. Wojna trwa już około 24 tygodni — znacznie dłużej, niż Trump początkowo przewidywał, mówiąc o czterech–pięciu tygodniach.
Rynki coraz mniej traktują zakłócenia w cieśninie jako krótkotrwały szok, a coraz częściej wyceniają je jako nową, przedłużającą się rzeczywistość. Cena ropy Brent wzrosła w połowie sierpnia w okolice 90 dolarów za baryłkę, a w pewnym momencie przekroczyła 91 dolarów.
Wyższe ceny energii zwiększają ryzyko inflacji, co może ograniczać przestrzeń banków centralnych do obniżania stóp procentowych. W USA rentowność 30-letnich obligacji skarbowych sięgnęła 5,327 proc., najwyższego poziomu od 2007 roku. Na wzrost wpływały nie tylko wojna i ropa, lecz także obawy o finanse publiczne oraz rosnącą podaż długu.
Niepewność uderza również w giełdy, zwłaszcza w spółki zależne od globalnego przemysłu i popytu na elektronikę. Słabsza wiara w szybkie otwarcie Ormuzu ciążyła między innymi producentom chipów oraz azjatyckim indeksom wrażliwym na kondycję sektora półprzewodników. Droższa energia, transport i finansowanie mogą bowiem ograniczać marże firm oraz popyt na produkty przemysłowe.
W efekcie administracja Trumpa zastąpiła obietnicę szybkiego porozumienia strategią długiego nacisku. Problem polega na tym, że presja może osłabić Iran, ale nie gwarantuje, że Teheran ustąpi. Bez kanału wiarygodnych negocjacji obecny układ pozostaje przede wszystkim oczekiwaniem na kolejny kryzys.